Myśli nie zmieszane, Przepisy

Żurgórkowa, czyli profanacja polskich, tradycyjnych zup?

W branży kreatywnej, czy to w przypadku agencji startującej w przetargu, czy to teamu kreatywnego lub pojedynczej jednostki pikselami mieszającej opracowuje się kilka wersji linii kreatywnych. Projektów w dużym uproszczeniu. I fajnie. Pozwala to pokazać szersze podejście do tematu, interpretację założeń czy też wskazanie drogi dotarcia do grupy docelowej jeśli próba zamknięcia w w stałych granicach może obniżyć skuteczność kampanii i koniecznym wydaje się przeprowadzenie jest dwutorowo z wykorzystaniem różnych mediów.
Jednak nie chciałbym opisać jak odbywa się cały proces przygotowań do przetargu, jak wygląda praca strategii i dlaczego ich praca jest istotna, jak wygląda proces kreatywny i finalne składanie prezentacji.

To, jakie myśli i skojarzenia nasuwały się przy tworzeniu „żurgórkowej” odnoszą się bardziej do kwestii po- przetargowych.
Wtedy to po wygranym przetargu lub zdobyciu zlecenia zaczyna się prawdziwa praca kreatywna. Kreatywno-rzemieślnicza. Wszystko fajnie, kiedy jest to rozwinięcie koncepcji przetargowych, co sprowadza się do ubrania w ładniejsze piórka, opisanie w ładniejszych słowach. I często tak jest.

Gorzej, gdy dostaje się prawdziwe wyzwanie kreatywne.
A może w sumie lepiej, bo nic nie wznosi poziomu kreatywności ponad wyżyny naszego umysłu jak takie wyzwania.
Wyzwaniem owym jest fraza: „połączcie oba projekty w jeden”.
Nieważne przy tym jest, że każdy jest z innej bajki. Z całkowicie odmiennym tonality niosącym w sobie inny przekaz.
Niekiedy trzeba robić i nie ma, że boli. Sprzeciw oznacza gorączkę na łączach i nagły wzrost ilości zużytego transferu w odbijanych mailach. I utratę zlecenia.
Oczy łzawią, kłykcie bolą, paznokcie znikają proporcjonalnie do zgrzytu zębów. Do boju.
I tak jest trochę z tą „żurgórkową”. Copy-art (czyt. se mła we własnej osobie) siadł i wymyślił. A co.
Dwie piękne i szlachetne zupy.
Każda z osobna pretendująca do miana bycia tą najsmaczniejszą.
Każda z wypracowaną recepturą, tuningowanym procesem obróbki lub tajemniczym składnikiem wywołującym „oooh” i „aaaah” na ustach degustujących.
Czy krzyżówka takich smakowitości może przynieść coś dobrego? Czy będzie to przypinało w mało delikatnym porównaniu syrenkę? Czy też zakończy się wylizaniem talerza do czysta przyczyniając się do zmniejszenia rachunków za wodę.

Jeśli nie sprawdzi się tego empirycznie, to człowiek nigdy się tego nie dowie. Przy okazji postanowiłem poeksperymentować w temacie kiszenia i sprawdzić proces pod innym kątem, czyli ukisić ogórki w taki sposób jak kisi się kapustę.

Ogórki kiszone


Składniki

  • 5 kilogramów
    ogórków gruntowych
  • 2 pęczka
    zielonego koperku
  • 4 sztuki
    ząbków czosnku
  • 2 łyżki
    tartego chrzanu
  • 3 łyżki
    żółtej gorczycy
  • 6
    liście laurowe
  • 6
    ziaren ziela angielskiego
  • 10
    ziaren kolorowego pieprzu

Krok po kroku

  1. Ogórki namaczamy z godzinę i myjemy dokładnie.
    Ścieramy na tarce o dużych oczkach. Czosnek kroimy w ćwiartki, a koperek siekamy. Całość mieszamy z solą i chrzanem.

  2. Na dno wyparzonych słoików (najlepsze do tego są weki z klamrą, lub możemy użyć słoików typu twist zabezpieczając nakrętkę przed korozją poprzez nałożenie na słoik kawałków folii spożywczej) wrzucamy liść laurowy (2-3 sztuki na słój), ziele angielskie, pieprz i gorczycę.

  3. Upychamy w słoikach ogórki wraz z sokiem, który puściły i zamykamy szczelnie.

  4. Pozostawiamy w ciepłym miejscu na cztery dni, a następnie przenosimy do piwnicy lub inne chłodne miejsce by spowolnić proces.

Ogórki już są. Plusem takiego ich przygotowania jest to, że jeśli najdzie nas ochota na przygotowanie zupy ogórkowej lub jakiejś sałatki, to praktycznie są one już gotowe do wykorzystania bez potrzeby dodatkowego tarcia. Kolejną zaletą jest wyeliminowanie zjawiska pustych w środku po ukiszeniu ogórków.
Jedynym błędem jaki popełniłem, to użycie gorczycy. Nie dlatego, że nie pasuje lub psuje ich smak. Zwyczajnie na świecie poniewiera się pomiędzy ogórkami i jedynie osobowość pedanta połączona z posiadaniem czarnego pasa w sztuce posługiwania się pałeczkami do ryżu lub większej pęsety kulinarnej może ten stan zmienić. Mi to osobiście nie przeszkadzało, jednak pozwoliło zakiełkować w głowie myśli, by stworzyć coś, co w przyszłości zminimalizuje takie sytuacje.

Uzbrojony w stosowne narzędzia i składniki mogę zabrać się za dalsze „projektowanie”.

Żurgórkowa

Porcji/Ilość 6 osób

Składniki

  • 8 sztuk
    średnie ziemniaki
  • 2 sztuki
    średnia marchew
  • 1 sztuka
    średni pasternak
  • 1,5 litr
    wywaru mięsnego
  • 7
    ząbków czosnku
  • 3
    liście laurowe
  • 3
    ziaren ziela angielskiego
  • 5
    ziaren jałowca
  • 5
    ziaren zielonego pieprzu
  • 80 gram
    chorizo
  • 1 litr
    ogórków kiszonych
  • 0,5 litrów
    żurku (zakwas)
  • 80 gram
    boczku szwardzwaldzkiego
  • 50 gram
    świeżych kurek
  • 1 łyżeczka
    mielonego kminu rzymskiego
  • 1 sztuka
    śmietana 18%
  • 1 łyżka
    mąki pszennej
  • oliwa cytrynowa
  • 2-4 łyżki
    masła
  • sól
  • pieprz
  • bazylia tajska

Krok po kroku

  1. Ziemniaki obieramy i kroimy w większą kostkę.
    Zalewamy je zimnym wywarem i gotujemy 25 minut.

  2. Marchew i pasternak ścieramy na tarce o grubych oczkach. Przesmażamy na patelni na odrobinie oliwy cytrynowej. Gdy lekko zmiękną dodajemy do wywaru z ziemniakami. Do wywaru trafia również przeciśnięty przez praskę czosnek.

  3. Boczek szwarcwaldzki szarpiemy na mniejsze kawałki i przesmażamy go również na oliwie dodając pod koniec mielony kmin rzymski.
    Dodajemy do naszej zupy.

  4. Kiszone ogórki odciskamy z płynu i przesmażamy na dwóch łyżkach masła do momentu kiedy część płynu odparuje. Dokładamy łyżkę masła i dolewamy odciśnięty płyn. Przeparowujemy całość około 15 minut pod przykryciem na średnim ogniu.
    Ściągamy pokrywkę i odparowujemy większość płynu.

  5. Na reszcie masła przesmażamy oczyszczone pędzelkiem kurki oraz plasterki chorizo. Doprawiamy delikatnie pieprzem i ściągamy z patelni na papierowy ręcznik.

  6. Do zupy wlewamy zakwas na żur i zagotowujemy całość na średnim ogniu.

  7. Mąkę rozrabiamy z niewielką ilością wody, dodajemy śmietanę.
    Przed dodaniem do zupy, należy zawiesinę zahartować kilkoma łyżkami gorącej zupy.
    Trzymając nadal garnek na średnim ogniu ponownie zagotowujemy całość.

  8. Porcje na talerzu okraszamy przesmażonymi kurkami i chorizo oraz świeżą bazylią tajską.

    Zwolennicy standardowych dodatków do żurku mogą pokusić się o dodanie pokrojonego jaja na twardo.

Po tak zwanej przeze mnie „próbie smakowej” mogę stwierdzić, że nie jest źle. Jest nawet zaskakująco dobrze. Związane jest to jednak z wiodącymi składnikami samodzielnych zup zaliczającymi się do kategorii „kiszonki i fermentacja”, więc nie było opcji by większy zgrzyt się pojawił. Czyli oba projekty miały zbliżone tonality i z samego założenia mogło się to udać.

Zupełnie inaczej przedstawiała by się sytuacja gdyby… no właśnie. Dość długo nad tym myślałem. I im dłużej nad tym rozmyślałem, tym mniej takich par w głowie znajdywałem. Być może podświadomie dopierałem takie opcje, by wzajemnie się uzupełniały, czyli pomimo różnych smaków, składników kreatywny umysł starał się tak to polepić w taki sposób by wyszło coś godnego uwagi. Być może analityczne podejście do projektowania samoczynnie podsuwało najsensowniejsze rozwiązania.

Analityka już na wstępie wykreślała najbardziej oczywiste połączenia. Chociażby miks rosołu, wywaru czy jak to inaczej zwał z czymś innym charakterystycznym dla danej zupy. Bo tak po prawdzie spora część zup opiera się bazie jakim jest wywar i każda szanująca się restauracja lub jadłodajnia bez takiej bazy nie jest godna takiego nazewnictwa. A skoro o nazewnictwie. To nasz „twór” dobrze by było również ciekawie nazwać. Więc może jest to dodatkowy klucz do tworzenia niekonwencjonalnych par.

Z góry przekreśliłem pary typu rosół – zupa owocowa, pomidorowa – zupa owocowa, barszcz czerwony – czernina. Koniec końców celem takiego projektu jest powstanie czegoś nadającego się do jedzenia. Z drugiej strony definitywnie nie przekreślam wymienionych duetów, bo może się okazać, iż przy wykorzystaniu lekko zmodyfikowanych technik obróbki, sposobu podejścia do danej zupy wyjdzie nam bardzo ciekawe danie.

Odnosząc się do postawionego sobie na początku pytania, czy pomimo pewnych trudności i sytuacji podczas projektowania można wyjść z tego zwycięsko mogę z całą pewnością odpowiedzieć: TAK!

Wystarczy odpowiednio do tego podejść, podeprzeć się analityką a znajdzie się najlepsze rozwiązanie, które nie pozwoli spalić projektu.

Jeśli macie swoje typy na dziwne pary podzielcie się nimi w komentarzach poniżej lub na fanpage przy poście kierującym do tego wpisu. A być może podejmę się próby ich realizacji 🙂

Dodaj komentarz