Myśli nie zmieszane

TopMaster – czyli chef we własnej kuchni

Dzisiaj trochę odmienny wpis – będzie więcej gadania, niż gotowania.
Przez parę dni byłem pozbawiony możliwości gotowania – ba, wręcz skazany na dość skromne posiłki. Dzięki temu miałem też więcej czasu na zebranie pewnych przemyśleń, które zaprzątały moją głowę od pewnego czasu. Przy okazji zrodziło się kilka pomysłów na następne wpisy, ale na te musicie być jeszcze trochę poczekać :).

A skoro jest blog, i to w dodatku od kuchni, więc treści takie niekiedy muszą się pojawiać. Czasami będzie to recenzja, niekiedy technikalnia, a incydentalnie sztuczki z których zdarza mi się korzystać by ułatwić sobie życie.

Z chwilą, gdy coraz więcej osób miało styczność z moimi improwizacjami kuchennymi i odkąd udało mi się jednorazowo „zabłysnąć” na małym ekranie docierały do mnie głosy, że powinienem wystartować w modnych ostatnimi czasy konkursach kulinarnych. A nazbierało się ich już trochę w ramówkach kanałów telewizyjnych.

W jednym z nich mamy amatorów, którzy chcą osiągnąć poziom master, zmienić swoje życie dzięki kilku zerom na czeku i przy okazji wydać książkę. Jeszcze w innym, również amatorzy z mniejszym (czasami zatrważająco niskim, przynajmniej z mojego punktu widzenia) lub większym doświadczeniem gastronomicznym przechodzą piekło rywalizacji by zdobyć pracę w renomowanej restauracji sygnowanej znanym nazwiskiem. Spotkamy również amatorów próbujących zabłysnąć przed „sąsiadami”. Ponoć jest jeszcze jeden amatorski turniej, kierowany bardziej dla amatorów łakoci – słodkości w kuchni to temat mi obcy, jeśli nie licząc lat młodzieńczych, kiedy to pomagało się w kuchni przy świątecznych przygotowaniach.

Chociaż nie wiem czy nazywanie tego turniejem, gdzie de facto walczy każdy z każdym, jest prawidłowym użyciem. Gdyby to były kulinarne szachy – to już bardziej. Może gdzieś, ktoś już wpadł na świecie na taki pomysł. Jednak znając dynamikę szachów (i oczywiście nie mam na myśli szachów błyskawicznych), to raczej musiałyby opierać się trendzie slow food. Chyba wyobraźnia mnie ponosi.

Na koniec mamy reality show, gdzie walczą profesjonaliści by oczarować swym kunsztem kulinarne jury. A i to zmieniło formę na rzecz mody lansowania gwiazd gdzie to tylko możliwe.

Nie zaprzeczę, że zdarza mi się obserwować zmagania uczestników. Zawsze jest to pouczająca lekcja i śledzenie panujących trendów. Myślę tę jednak rozwinę w dalszych akapitach.

I też od tamtego czasu z uporem maniaka, twierdzę, iż nie, nie jest to dla mnie. Nie powiem – jest to zapewne ciekawe i pouczające doświadczenie. Jednak, należałoby to rozpatrzeć na kilku polach.

Rywalizacja. Wyzwanie.

Zdrowy duch rywalizacji jest fajnym motywatorem, by zdobyć odwagę i wyjść poza utarte schematy. Dopinguje to nas do większego wysiłku i pracy nad sobą. Udowodnienie sobie i innym, że nasze poczucie smaku jest ponadprzeciętne. I często podnosimy rzuconą rękawicę…

Oprócz konkurowania z innymi, rywalizujemy również z nieubłaganie uciekającym czasem. Czyli życie codzienne – też niekiedy muszę przygotować coś na szybko kiedy pojawią się niezapowiedziani goście lub gdy wracam głodny jak wilk z pracy. Życie.

Jednak gotowanie jest dla mnie relaksem. Ma nim być. Ma być przyjemnością. Nie muszę się nigdzie śpieszyć. Ten moment kiedy wyciągam składniki na stół jest rozpoczęciem pewnego procesu. Jest ukojeniem myśli i zwolnienie chociaż na chwilę. Nie muszę i nie chcę nigdzie się śpieszyć. Jeśli podnoszę rękawicę, to tylko tę ochronną, kuchenną.

Pomimo wcześniejszego wywodu powiem przekornie: „Rywalizujcie… ze samymi sobą”. Nie ma bardziej zawziętej rywalizacji niż przekraczanie własnych granic i możliwości. 

Osobiście nie muszę sobie niczego udowadniać, i to w dodatku przed obiektywami kamer. Każda indywidualna próba stworzenia nowego dania jest wystarczającym dla mnie wyzwaniem. Sam sobie jestem jurorem i surowym sędzią. Nie zawsze jestem zwycięzcom. Tak, niekiedy przegrywam. Niekiedy nie trafiam ze smakiem, niekiedy przekombinuję. Innym razem obronię się smakiem, jednak polegnę na finalnej prezentacji. Ale dzięki temu się uczę na swoich błędach. Tym samym dochodzimy do kolejnego aspektu…

Nauka.

Jestem praktykiem i uczę się przez praktykę. Błędy popełniam jak większość z nas – błędów nie robi tylko ten, kto nic nie robi. Nie ma lepszej szkoły czy to życiowej, czy to zawodowej. W tej ostatniej nie byłbym interdyscyplinarnym ciałem, gdybym nie próbował swoich sił w różnych dziedzinach. Popełniał błędy i świętował sukcesy. Nie będziemy alfą i omegą, ale ważne jest by podążać obraną ścieżką która daje nam pełną satysfakcję z wykonywanego zawodu.

Jestem samoukiem. W zawodzie. W kuchni. Tajniki projektowania zgłębiałem, kiedy dostęp do informacji nie był tak powszechny jak teraz. Były to początki internetu w Polsce. Chodziłem się do kafejek internetowych, by przynosić do tutoriale na dyskietkach 3,5 cala w postaci zapisanych stron www i metodycznie zgłębiałem tajniki projektowania oraz obsługę narzędzi wspomagających, triki. Następnie zakładałem w głowie pewien projekt i starałem się wykorzystać zdobytą wiedzę. Mniej lub bardziej udanie.

Podobnie było z gotowaniem. Pewne podstawy kuchni wyniosłem z domu. Dopiero styczność z nowymi produktami, smakami, zdjęciami pozwoliła wyzwolić kreatywność, w efekcie której zacząłem projektować własne dania.

Gotowanie jest modne. Bardzo modne. Blogów kulinarnych, stron z przepisami i wideo tutorialami jest bez liku. Nauka jest o wiele łatwiejsza. Odtworzenie potraw nie może się nie udać, szczególnie z kulinarnym przewodnikiem. Sąsiadem po drugiej stronie deski, stołu.

I to jest jedna z rzeczy, której zazdroszczę uczestnikom takich takich konkursów. Kamera nie zawsze wszystko pokaże, przygotowywanie potraw jest skrócone do minimum. A tyle ciekawych i inspirujących rzeczy można podpatrzeć. Nowych technik, sztuczek, niekonwencjonalnego wykorzystania produktów. Ale… przecież jesteśmy kreatywni. Ważny jest cel i efekt jaki chcemy uzyskać. Przecież sporą część stosowanych tam technik nie będziemy w stanie zrealizować w domowym zaciszu. Krok, za krokiem. Małymi kroczkami. Nie od razu trzeba budować rakietę kosmiczną.

Doświadczenie.

Ta wartość ściśle wiąże się z nauką. Oprócz wspomnianych konkurentów, wiele możemy się dowiedzieć od jury. Nawet drobna uwaga może wnieść sporo do przygotowywanego dania. Groszowa sugestia odnośnie procesu, kolejności przygotowywania, zastosowania produktu, na prezentacji talerza kończąc może diametralnie odmienić nasze kulinarne dzieło.

Zatrzymajmy się na chwilę. Skoro zdarzy nam się śledzić zmagania uczestników, to równie dobrze sami możemy z tego korzystać. Niech to będzie impulsem. Jeśli okaże się to za mało – jest sporo kursów, dzięki którym możemy doświadczyć nowych rzeczy i pogłębić swoją wiedzę. Nauczyliście się nowych smaków? Technik? Reszta jest w Waszej wyobraźnie i kubkach smakowych.
Z ofert szkoleniowych osobiście nie korzystałem, ale marzy mi się spędzenie chociażby weekendu w topowej restauracji by móc przyglądać się poczynaniom zawodowych kucharzy. Mogę stanąć nawet na zmywaku i w przerwie patrzeć na ręce chefa.

Odmiana ścieżki życiowej.

Prawie każdy z podejmujących wyzwanie w kulinarnych szrankach, pragnie dzięki uczestnictwu zmienić swoje życie. Napisać książkę, pracować pod okiem znanego chefa, otworzyć własną restaurację. Chwała im. Kibicuję tym osobom całym podrobem.

Jednakże. Uwielbiam swój zawód. Niekiedy jest męczący i wycieńczający psychicznie jak każdy inny. Robię to jednak od prawie dwóch dekad i nie widzę siebie w innej roli. Ba. Mogę nawet połączyć ścieżkę grafika, fotografa amatora ze ścieżką kucharza. Na każdej tej drodze liczy się projektowanie. Nie chcę tego zmieniać.

Czas.

Wiem to ja, wiecie to i Wy. Doba niekiedy okazuje się za krótka. Zawsze jest tyle rzeczy do zrobienia, tyle chwil do złapania, tyle ludzi do poznania. Uczestnictwo w tego typu programach to też jednak czas. Na pewno dobrze spożytkowany. Będzie to kilka godzin, a zakładając najbardziej optymistyczny scenariusz – 10 tygodni. Nie znam kulisów nagrywania programów, ale co uczestnicy robią w tym czasie? Prowadzą normalne życie? Czy wierząc niektórym ujęciom nie mają kontaktu z najbliższymi, znajomymi, przyjaciółmi?

Szanuję swój czas. Swój rytm i swobodę. Nie chcę, by ktoś rozporządzał tym ulotnym elementem. Tym, co będzie za dzień, dwa, tydzień.


Komentarze 2

  1. Właśnie zawsze zastanawiałam się jak ludzie, którzy startują w tego typu programach żyją w przerwie między nagrywaniem kolejnych odcinków? Zawieszają pracę? Biorą dłuuugi urlop?
    A swoją drogą to książkę kucharską mógłbyś wydać- tak bez udziału w programie 😉

    Odpowiedz
    • Nie mam zielonego pojęcia – fajnie gdyby ten wpis dotarł do kogoś, kto brał udział w takim przedsięwzięciu.

      A książka… No ba! i taki daleki plan gdzieś jest… w końcu co? Grafik sobie nie złoży książki? na co dzień trudniejsze rzeczy przychodzi składać do druku.
      Jeszcze tylko trzeba dokończyć robienie stanowiska do zdjęć i zrobić wszystkie zdjęcia na nowo. 🙂

Dodaj komentarz