Myśli nie zmieszane

Faceci lubią róż

Taka jest prawda. Tylko się boją przyznać. A ja powiadam Wam – Szanowni Czytelnicy, i zapewne Szanowne Czytelniczki zawtórują: „Prawdziwy mężczyzna nie boi się różu i kalesonów”.

Co do tych ostatnich to jeszcze trochę dni musi upłynąć, by zebrać się w sobie i wbić się w tę gustowną bieliznę męską. Osłabiające. Niekiedy. A żeby nie wybiegać myślami i wyobrażeniami aż tak daleko w przyszłość pozostańmy w klimacie ciepło wiosennym. I różowym kolorem z tym okresem związanym.

Bezsilność

 Maj i czerwiec – to dwa miesiące kiedy ja, mężczyzna gotujący staję się osłabiony, bezsilny.

Dla jednych jest to okres rozkwitającej miłości potrafiącej położyć najcięższego zawodnika. Na szczęście etap bycia romantycznym mam już za sobą i ten rodzaj powalenia mi niestraszne. Zresztą jak często powtarzała moja serdeczna koleżanka Ewa z początkowego okresu oswajania się z Krakowem – „graficy nie mają serca”. I chyba niekiedy tacy muszą być. Może nie tyle, że są bezduszni, ale to naprawdę wrażliwe osoby. Z wyjątkiem osób, które rżną od innych, tworzą prześmiewcze i okrutne. viralowo rozchodzące się memy i przeróbki, lub – mają straszny bałagan w plikach czy też warstwach w projekcie.

A znam takich.
I to też wywołuje u mnie słabość przeokrutną.
Rąk. Po prostu opadają.

Ale wróćmy do serca.
Wiecie jak bolą chybione uwagi do projektów, albo ich odrzucenie z bardzo lakonicznych powodów? „Bo tak. Bo żonie prezesa się nie podoba.” Albo copy stwierdzi, że nasz trud był daremny, bo nie tak to miało być (żarcik taki, ale akurat skojarzyło mi się z dzisiejszą sytuacją w biurze).
W takich sytuacjach naprawdę dobrze wyprzeć się serca by go nie łamać.

Jest jeszcze jedna wrażliwa grupa w tych miesiącach – alergicy. Odpukać – temat mi zupełnie obcy. Więc skąd ta słabość?

Kiszonki. W nich tkwi cały sekret. To mój osobisty kryptonit.
Może nie od razu tak, że siły tracę. Ale ponoć daje się ponoć zauważyć delikatne opuszczenie żuchwy mieszające się z pojawiającym uśmiechem pod nosem. Do tego wzmożona praca ślinianek. Widok wręcz przekomiczny.

Moja głowa, w każdej wolnej chwili, zajęta jest jedną myślą. Kiszonki. Więcej kiszonek. Wincyj kiszonek!
Zdrowe, zaskakujące, chrupiące i rozpływające się na języku.
Tak, to moja największa słabość. Zapewne na równi z dobrym jedzeniem.

I ten czas nowalijek. Mięciutkich, chrupiących soczystych warzyw. Smacznych samych w sobie, ale nabierających nowego charakteru po kontakcie z solanka. A gdy już są gotowe – myśli ponownie buzują nad rozkminką jak je fajnie i smacznie użyć.

W dzisiejszym odcinku przedstawiam dwa cudne warzywa: rzodkiewka, która już któryś raz gości w moich wekach oraz nowość – cebula.

Rzodkiewka naprawdę zaskakuje. Smakiem, kolorem. Zdaje się, że posiada nawet pewną magiczną moc – potrafi znikać. Zaniosłem swego czasu jeden słój do pracy. Szast, prast i mamy puste naczynie. Chociaż optymista powiedziałby, że raczej w połowie pełne, i miałby zapewne trochę racji, bo tylko zabarwiona na różowo solanka i przyprawy ostały się w szklanym pojemniku.

Co warto wiedzieć o rzodkiewce?

Rzodkiewka rzekomo sprzyja odchudzaniu ze względu na znikomą ilość kalorii. Przyśpiesza metabolizm z racji bogactwa m.in. w potas. Jak wyczytałem rzodkiewka jest również naturalnym antybiotykiem i pomaga oczyścić organizm z toksyn.

Korzonek ten posiada jeszcze wiele innych zalet, a informacje na ich temat z łatwością znajdziecie w internecie. Osobiście bardzo sceptycznie podchodzę do takich tematów, ale pewnie wynika to z faktu iż niemalże z każdej strony jesteśmy atakowani przekazem o dobroczynnych właściwościach tego i owego, i jest tego już za dużo.

Niestety nie doszukałem się informacji jak kiszenie wpływa na zachowanie substancji zawartych, ale jak każde kiszenie – warzywo jedynie zyskuje. Plus – po schłodzeniu otrzymujemy pyszną, różową, orzeźwiającą lemoniadę z „wody spod rzodkiewek”. Idealna na gorące dni.

Cebula to zaś nowość. Nie udało mi się jej przygotować w zeszłym roku, ale w tym już od kwartału siedzi w głowie.
kiedy to wymyślałem sobie zupę cebulową w trochę innym wydaniu. Ale wymyślić to jedno, a przygotować to drugie.

Pod względem gotowości oba warzywa dzieli mała przepaść. Gdy małe, czerwone korzonki wykazują gotowość już po 3-5 dniach, tak na rozwarstwiona niczym mały plik PSD cebula potrzebuje aż trzech tygodni.

Solo zapowiada się bardzo, bardzo. W trochę nietypowym połączeniu – może to zbyt subiektywne odczucie, ale wierzcie mi: niebo w gębie. Nie omieszkam tego opisać w jednym z nadchodzących wpisów. I ten róż. Mmmmm… chociaż trochę majtkowy.

Cebulove

Dlaczego postanowiłem akurat zakisić cebulę? Bo tak : )
Jest smaczna, prozdrowotna, niemalże narodowa. I również różowa. Po ukiszeniu bardzo delikatnie, ale jest. I już.

I z pewnością należy spojrzeć na nią dobrym wzrokiem, a ona obdarzy nas porządną dawką witamin: A, B6, C i E oraz składnikami mineralnymi wzmacniającymi odporność takim jak fosfor, magnez, siarka, cynk oraz krzem. Znajdziemy tam również sód, potas, żelazo, miedź, selen i wapń.

Bez zagłębiania się w zdrowotne aspekty i cudowne właściwości (między innymi ponoć odchudza – więc wiem już co znajdzie się w jednej z moich diet w najbliższym czasie) – można ją jeść bez jakichkolwiek dodatków. Z reguły najczęściej łączę przygotowane kiszonki ze sobą wzbogacając je jedynie odrobiną świeżych ziół.

A jak ją przygotować? Proszę bardzo. Pokrójcie w piórka, dodajcie trochę gorczycy, liść laurowy, ziele angielskie. Finalnie zalejcie to około 10% solanką (na litr wody 1,5 łyżki soli kamiennej).  Prawda, że prosto?

Jak już pewnie zdążyliście mnie poznać – uwielbiam poeksperymentować wokół składnika ile tylko się da. Dlatego przygotowałem jeszcze drugą wersję z opalaną palnikiem cebulą oraz przypalanymi ziarnami jałowca. Zapach roznosił się niesamowity.

Jak przełożył się na smak? Zobaczymy – chcę jeszcze chwilę odczekać. Ale skoro już rozstawiłem całe to swoje stanowisko do zdjęć, ustawiłem światła… to zdjęcie samo się zrobiło.

Na zakończenie coś co warto zapamiętać. Sfermentowana żywność pomaga w regulacji gospodarki hormonalnej a jej spożywanie kontroluje uczucie głodu, dzięki czemu zmniejsza się apetyt.

Nie pozostaje nic innego jak zajadać się kiszonkami  : )

Dzisiejszy wpis wyjątkowo bez przepisów. Same przetwory to przecież nie wszystko. Smakują fajnie, cieszą podniebienia. Ale warto zastanowić się nad towarzystwem dla nich, a nastąpi to w przyszłych wpisach. Śledźcie zatem uważnie kanały „soszjalowe” – linki do nich znajdziecie poniżej.


Dodaj komentarz