Myśli nie zmieszane, Tanio, szybko i dobrze

Zaklepusy, czyli taka trochę „biedazupa”

Jednym z plusów pisania bloga jest to, że wraz z wysypem myśli na klawiaturę pojawia się masa wspomnień i smaków z dzieciństwa. Nie inaczej jest i tym razem. W dzisiejszej odsłonie chciałbym zaprezentować jedną z popularniejszych zup polskich stołów, a przynajmniej popularną w regionie Krajny, z której się wywodzę. Zainteresowanych szczegółami opisującymi ten piękny region odsyłam na strony Wikipedii.

Zastanawiacie się być może dlaczego „biedazupa”. Otóż, ze względu na skromny skład. Raptem cztery składniki, parę przypraw i mamy gotowe danie. Do tego banalnie prosta w przygotowaniu. Nie wiem jak obecnie wygląda kwestia jej popularności, ale dawniej była często jadana na wsi, czyli uboższej części społeczeństwa. Ceniona była w okresie postu, jednak w moim domu jadano ją często w piątki, co i tak sprowadza się do dni postnych.

Jednak to, że jest skromna w formie nie przeszkadza jej wcale aby była bardzo esencjonalna i bardzo smaczna.

Postanowiłem odkryć ją nowo, a tym samym spopularyzować. Zrobiłem nawet małe rozeznanie w temacie i udało mi się znaleźć parę wariacji na jej temat. Niektóre są trochę bogatsze i całkowicie mi nieznane, przez co kuszą by zinterpretować je na swój sposób.

By jednak zinterpretować coś na nowo, należy zacząć od bazy. Nawet nie trzeba zakasać rękawów. Zupa ta niemalże robi się sama. Co udowadnia, że osoby bojące się kuchni jak ognia podołają z tym przepisem. Może z wyjątkiem tych co potrafią nawet przypalić wodę, a takowych jeszcze nie poznałem.

Zaklepusy

Porcji/Ilość 6-8 osób
Czas przygotowania
15m
Czas gotowania
45m

Składniki

  • 800 gram
    ziemniaków
  • 800 gram
    fasoli z puszki (2 puszki)
  • 1 opakowanie
    śmietany 18% do zup (lub śmietany owsianej)
  • 4 sztuki
    liście laurowe
  • 6 sztuk
    ziaren ziela angielskiego
  • 6 sztuk
    ziaren jałowica
  • 2 łyżki
    mąki pszennej
  • 6 łyżek
    octu jakbłkowego, staropolskiego
  • sól
  • pieprz cytrynowy

Krok po kroku

  1. Ziemniaki obieramy, kroimy w średniej wielkości kostkę. Umieszczamy w garnku z zimną wodą – trochę powyżej poziomu jaki zajmują ziemniaki, i stawiamy na ogniu. Dodajmy liść laurowy, ziele angielskie i jałowiec.
    Gotujemy 30 minut, a w momencie zagotowania wody zmniejszamy ogień do średniego.

  2. Doprawiamy solą i pieprzem. Dodajemy fasolę z puszki z połową płynu w którym była. W domu rodzinnym dodawało się przeważnie białą, ale nie zaszkodzi dodać innych odmian by urozmaicić kolorystycznie całość.

  3. W miseczce rozrabiamy półtorej, do dwóch płaskich łyżek mąki pszennej z odrobiną soli, wody i octu. Tego ostatniego należy dobrać pod własne preferencje, jednak na początek proponuję użyć 4 - 6 łyże.
    Mieszamy dokładnie by nie było grudek. Dodajemy opakowanie śmietany (wegetarianie mogę ją zastąpić śmietaną owsianą) i dokładnie mieszamy.

  4. Hartujemy mieszaninę mąki i śmietany. Dla niewtajemniczonych - wlewamy po chochli gorącego wywaru do naszej mieszaniny mąki i śmietany mieszając, dzięki czemu śmietana nam się nie zetnie. Gdzieś słyszałem że już sama sól i ocet załatwiają sprawę jednak nie robiłem w tym temacie rozeznania.

    Przelewamy całość do garnka i zagotowujemy. Doprawiamy finalnie solą i pieprzem.

Gotowe. Wystarczy uzbroić się w łyżkę. Pierwszy kęs i… tak, to jest to. Ponownie jestem małym chłopcem. Osobiście preferuję odrobinę bardziej kwaśniejszą wersję, więc dodaję dwie, trzy łyżki więcej octu niż wskazane w przepisie.

Jednak wtedy przez głowę przebiegła mi pewna myśl, tłukąc się niemiłosiernie. A gdyby tak… zrobić z tego coś w rodzaju „polskiego ramenu”? Może jest to zbyt niefortunne określenie, które trochę psuje narodowy wydźwięk zarówno iście polskiego jak i japońskiego dania. Chodzi bardziej o ideę.

Zaklepusy same w sobie są idealne i nic więcej nie jest im potrzebne. Ale korci. Korci niesamowicie. Nie tak trudno przeholować, zaburzyć naturalny balans smaków. Trochę jak w mojej codziennej pracy. Nie wypuszczamy niczego do klienta jeśli nie uważamy tego za dobre – stworzone z wiedzy, wyczucia estetyki i doświadczenia. Doszlifujemy projekt w najmniejszym szczególe. Chociaż w dotychczasowej karierze różne rzeczy widziałem i niektórych designerów mógłbym zakwalifikować do osób, które są w stanie przypalić wodę, chociaż ci bardziej widzą to jako „maksymalnym uproszczeniem kompozycji”. Bo wiesz…  Niestety.

Wystarczy jednak mały twist. Dwa skromne elementy, które raz że nadadzą pewnego szyku, a dwa – wzniosą na nowy poziom. Wystarczy pewna znajomość smaków. I podobnie postąpiłem w tym przypadku.

Owymi składnikami, które bardzo fajnie podkręciły zupę były świeże awokado i kolendra. Całość finalnie wykończyła szczypta wędzonej soli morskiej. Kocham ją i mam do niej wielką słabość.

Twist ten nie był jednak podyktowany doświadczeniem. Nie poznałem  jeszcze organoleptycznie zupy, w której znalazłabym smaczliwka wdzięczna (żeby nie było, że jestem taki mądry – sam dowiedziałem się dopiero w trakcie tworzenia wpisu, gdy szukałem jakiegoś synonimu do awokado). Ale coś wewnętrznie mi mówiło, że to musi się udać. I udało. Od teraz, jeśli będą serwował zeklepusy zarówno sobie jak i znajomym to tylko w takiej formie.

Być może nie jestem zbyt płodnym blogerem (o ile takowym mogę się nazwać) jeśli chodzi o częstotliwość pojawiania się  wpisów. Wiele dzieje się w kuchni  poza blogiem. Testuję różne kombinacje składników i procesy ich obróbki by przedstawić najciekawsze wyniki tych doświadczeń. Nie inaczej było w przypadku zaklepusów, a o próbach nowych interpretacji tego dania pewnie poczytacie niedługo.

Na chwilę obecną zachęcam Was do skosztowania mojego smaku dzieciństwa.


Dodaj komentarz